06.01.2026. Estoński okręt wojenny.
Kilka dni temu śniło mi się, że znalazłem się na estońskim okręcie wojennym podczas bitwy.
Nie zapisałem tego od razu i, niestety, większość snu zapomniałem.
Dziś śniło mi się, że wynająłem mieszkanie. Pierwsze, które oglądałem, mimo że czyste, nie podobało mi się. Nie wiem, jaki był powód. Właściciele tego mieszkania poinformowali mnie, że mają jeszcze drugie. Właścicielami w śnie byli właściciele mieszkania, które wynajmowałem w Brzeźnie (Jarosław W. z żoną).
Mieszkanie to znajdowało się na II lub wyższym piętrze kamienicy. Było obszerne i bardzo mi się podobało, mimo że było podczas remontu. Zdecydowałem się je wynająć.
W drugiej części snu porządkowałem jakieś stare pudła. W jednym z nich znalazłem mnóstwo dyskietek, film (kliszę) i gotówkę. Dyskietki poukładałem w stos, klisza przymomniała mi w śnie, że byłem kiedyś na plaży i część zdjęć jest tam zrobiona. Chciałem wywołać zdjęcia u fotografa, ale z pewnych przyczyn spośród dwóch klisz dostałem zdjęcia tylko z jednej. Drugą fotograf kazał wywołać w innym miejscu.
W pudełku było również mnóstwo gotówki. Kilka tysięcy złotych w banknotach głównie po 100 złotych, ale również 20 i 10 złotch. Podczas układania i prostowania tych banknotów do drzwi rozległ się dzwonek. Okazało się, że właściciele mieszkania, wraz z córką, przybyli po odbiór czynszu za mieszkanie i opłat za rachunki. Standardowo, jak w rzeczywistości, właścicielka zadała mi pytanie: „Czy opłacił pan rachunki?”. Odpowiedziałem, że nie, ponieważ przecież dopiero te rachunki przynieśli. Opłaciłem im rachunki. Trzymając w ręku portfel i odliczająć drugi tysiąc złotych, zapytałem ile wynosi czynsz. Właściciel odpowiedział, że 150 albo 250 złotych (nie pamiętam dokładnie). Po otrzymaniu tej kwoty wyszli.
W kolejnej scenie bardzo szybko jadę samochodem. Samochód z niższej półki, segementu B. Wjeżdżam w osiedle (które bardzo często mi się śni i znajduje się w tym śnie tam, gdzie znajduje się w rzeczywistości ulica Ptasia w Gdańsku; w innych snach czasem znajduje się w okolicach gdańskiej Moreny). Z rozpędem parkuję pod wejściem do klatki schodowej, mieszcząc się w miejscu parkingowym. Po lewej znajduje się mój samochód, zaparkowany tak, że wystaje przodem poza miejsce parkingowe. Wczoraj nie wyhamowałem. Wchodzę do klatki, staję pod drzwiami mieszkania. Wyciągam klucze. Nie mogę znaleźć właściwego. Żaden, który wkładam do zamka, nie pasuje. W końcu zaczynam przeglądać klucze jeden po drugim. Znajduję jeden, który odpowiada rozmiarami. Jako jedyny w całym pęku jest brązowy. Wkładam do zamka, przekręcam. Pasuje. Otwieram drzwi, wchodzę do mieszkania. Mieszkanie jest puste. Puste w znaczeniu: nikogo w nim, poza mną, nie ma.
Przez cały czas snu, mimo że się w nim nie pojawiła, miałem poczucie obecności JP, do ostatniego momentu, kiedy mieszkanie okazało się puste.
25.11.2025. Ponownie zgubione klucze.
Dziś śniło mi się, że: wchodzę na plażę i zaczynam szukać jp. Nie znajduję jej. Sprawdzam miejsce, w którym zostawiłem swoje rzeczy. Jestem pod lub tuż obok dużej, drewnianej wieży ratowników, takiej jak w serialu „Baywatch”. Na plaży znajduje się bardzo dużo ludzi. Szukam swoich rzeczy. Nie znajduję ich. Znajduję jasnoszare spodnie dresowe, a w nich klucze z podobnym do mojego zielonym breloczkiem, który jednak zamiast trapezu z ogonem jest owalem z ogonem. Zostawiam klucze, ale zakładam dresy.
Tyle zapamiętałem ze snu. Szczegóły, o których nie jestem pewien, czy to część snu, czy wytwór mojego mózgu, który nastąpił później: po wyjściu z plaży wszedłem na promenadę, jak w Gdańsku-Brzeźnie; sama plaża wyglądała jak w śnie sprzed kilku miesięcy: dość szeroka, o żółtym piasku; mając morze po prawej stronie a ląd po lewej, plaża skręcała w prawo, podobnie jak w Gdańsku-Brzeźnie w okolicy mola, patrząc w stronę Sopotu, jednak miałem przeświadczenie, że jestem w Gdyni.
21.11.2025. Gdynia.
Dziś miałem dziwny sen. Śniło mi się, że, popołudniową porą, jestem przed Klasztorem ze Szczuczyna i szukam miejsca na ukrycie geokesza. W pewnym momencie postanowiłem poprosić księdza o zgodę. Był to około 45-letni, czarnowłosy mężczyzna w sutannie. On, podczas rozmowy, przypomniał sobie, że już w okolicy jest inna skrzynka. Pokazałem mu ją. Ksiądz udzielił zgody na poszukiwania. Obszedłem teren dokoła. Był on znacznie mniejszy, niż się spodziewałem i bardziej przypominał teren zaniedbaego gospodarstwa, niż klasztoru. Nie znalazłem odpowiedniego miejsca.
Nagle znalazłem się we wnętrzu klasztoru, w niemal pustej sali. Podłoga była drewniana, w jasnożółtym kolorze, ściany były białe. Pod ścianami stało kilka niezidentyfikowanych mebli. W sali stał stół, przy którym, siedząc, rozmawiałem z gospodynią. Jakbym prosił w tym momencie o zgodę na ukrycie skrzynki. Jednocześnie, zaraz potem, powiedziałem, że nie znalazłem żadnego odpowiedniego miejsca i że będę musiał wracać do domu.
W jakiś sposób rozmowa zmieniła wątek. Powiedziałem gospodyni, długo mnie nie było w domu. W tym momencie w sali pojawił się inny, siwy, około 60-letni, ubrany w szary sweter ksiądz. Gospodyni powiedziała mu: „ja mu wierzę, jestem antropologiem”. Zapytali mnie, w jaki sposób wrócę. Powiedziałem, że najpierw na lotnisko w Gdyni, a stamtąd pociągiem do Gdańska. Miejsce, w którym wszystko się działo nagle nie było Szczuczynem, tylko Oksywiem w Gdyni, które jednak wyglądało nie jak blokowisko, a jak sielska wieś. Lotnisko znajdowało się obok dworca głównego.
Ksiądz i gopodyni znikli, a ja zacząłem przeglądać swój plecak, który przywiozłem jeszcze z Grecji. Było to duży, pełny plecak. W pierwszej kolejności wyciągnąłem sporo papierów, wśród których była gotówka. Zacząłem wyciągać i prostować banknoty. Były to głównie banknoty 200-złotowe, w mniejszej ilośc 20- i 10-złotowe. Ułożyłem je od największego do najmniejszego nominału, sprawdziłem ile jest tych banknotów, złożyłem je na pół i włożyłem do portfela. W portfelu miałem około 1800 złotych w setkach. Gotówki z plecaka było o wiele więcej. Nie wiem ile, ale dość, żeby portfel nie chciał się domknąć. Zamknął się dopiero, kiedy część banktowów, częściowo, „wypłynęła” poza niego a ja użyłem zatrzasku, żeby się nie otwierał. Na pozostałą część bagażu z plecaka składało się jedzenie. Wszystko było zapakowane w opakowania sklepowe. Część opakowań była otwarta. Były tam przyprawy, owoce i inne rzeczy.
Teraz jestem w Grecji, *przed* wydarzeniami z kościoła. Jestem w obszernym, bardzo długim i bardzo szerokim holu hotelowym. Jest on pusty. Jest chłodno, panuje półmrok. Na dłuższych ścianach znajdują się drzwi do pokojów. Otwieram jedne z nich. Zastaję tam anitę a., pakującą swój bagaż. Jak zwykle, jest „przygaszona” i wycofana, jakby przestraszona przez zbigniewa, który, mimo, że nie obecny w pokoju, znajduje się gdzieś niedaleko.
Tu miałem bardzo krótką, mikrosekundową scenę, w której spoglądam z oddali na greckie, nadmorskie miasteczko, z któego wyjechaliśmy. Budynki były białe, morze lazurowe.
Jestem w Polsce, w Gdańsku, na terenie przemysłowym, przy halach stojących na miejscu parkingu pomiędzy ul. Struga i Kartuską w Gdańsku. Ja i zbigniew oraz piotr a. jedziemy dwoma motocyklem i motorowerem. z. i p. jadą na jednym, ja na drugim. Jednoślad prowadzony przez piotra, wjechał do warsztatu, znajdującego się w południowej hali. Chwilę później został on odebrany. Jechaliśmy w górę ul. Nowolipie. W pewnym momencie dostrzegłem, że ich pojazd nie ma tablicy rejestracyjnej. Postanowiliśmy wrócić do warsztatu. Na miejscu okazało się, że mój motocykl też nie ma tablicy rejestracyjnej. Nastąpiło we mnie dziwne przekonanie i przeczucie, niczym wspomnienie, że tej tablicy tam nie było od początku podróży.
W zachodniej części placu, przed północną halą, po jej lewej stronie, znajdował się stos złomu. Zacząłem go przeglądać w poszukiwaniu swojej tablicy rejestracyjnej. Obchodząc dokoła ten stos, znalazłem jedną polską, częściowo zniszczoną, tablicę rejestracyjną samochodową GWE 76.., kilka motocyklowych żółtych z Luksemburga i Wielkiej Brytanii.
W ułamku sekundy znalazłem się z powrotem w kościele. Siwy ksiądz powiedział, że mnie podwiezie. Za chwilę wyjechał ze stodoły autobusem. Ksiądz prowadził, gospodyni siedziała obok na miejscu pilota, ja w pierwszym fotelu po prawej stronie. Ksiądz zapytał, dokąd bym chciał, aby mnie podrzucić. Odpowiedziałem, że najlepiej na lotnisko, bo obok jest dworzec i stamtąd pociągiem dojadę do domu. Gospodyni zapytała, gdzie mieszam. Odpowiedziałem, że niedaleko Letnicy. Nie pamiętałem, gdzie mieszkam. Miałem na myśli konkretne miejsce, ale nie umiałem go nazwać. Gospodyni zapytała, czy to Letnica. bez przekonania odpowiedziałem, że tak. Gospodyni zapytała, czy może Nowy Port. Wtedy z pełnym wewnętrznym przekonaniem potwierdziłem, że to Nowy Port. W głowie pojawiła mi się jego południowa strona, w okolicy ul. Przyjaciół, choć tej ulicy w śnie nie było.
Na wysokości wjazdu z ul. Unruga na Estakadę Kwiatkowskiego, ksiądz powiedział, że ta podwózka będzie go dużo kosztować i czy wiem, ile taki autobus zużywa paliwa. Była to bardzo zawoalowana prośba o pokrycie kosztów paliwa. Dałem księdzu, ze swojego przepełnionego portfela, 100 złotych, mówiąc, że chyba wystarczy. Ksiądz, zadowolony, powiedział, ze tak i nawet z górką. Powiedziałem, że nie chcę żadnej reszty.
Kiedy dojeżdżaliśmy do dworca, poprosiłem, żeby jednak wysadził mnie w centrum Gdyni, bo nie mam klucza do domu i muszę go odebrać od swojej partnerki.
W następnej scenie jestem na ulicy Świętojańskiej. Jest wieczór, ciemno. Świecą się uliczne latarnie i wystawy sklepowe. Szukam Joanny Przychodzkiej, mojej partnerki. Przed którymś sklepem ktoś mi powiedział, że Joanna jest w środku. Czekam na nią. Po pewnym czasie wychodzi ze sklepu z Magdaleną Rozmysłowicz i Anetą Łukasiewicz. Omijają mnie, skręcają w prawo i idą w górę ul. Świętojańskiej. Joanna mnie ignoruje. Zatrzymują się przed przejściem dla pieszych na czerwonym świetle. Tam je doganiam. Proszę Joannę o klucze do mieszkania, mówiąc, że swoje zgubiłem. Joanna odpowiada: „Nie znam pana. Nie znam cię.” Zaczyna krzyczeć. W tej samej mikrosekundzie przenoszę się na dworzec.
Jestem na dworcu w Gdyni. Stoję na peronie SKM. Jest dzień, ciepło, choć pochmurnie. Upewniam się, że portfel mam w kieszeni. Mam dziwne przeczucie, że to obecnie najbezpieczniejsze miejsce, dla moich pieniędzy. Wsiadam do kolejki SKM.
W tym momencie się obudziłem.
Wszystkie powyższe sceny mi się przyśniły. Możliwe, że opisałem je w niewłaściwej kolejności. Mam bowiem wrażenie, że wszystko powyższe przyśniło mi się w jednej chwili na raz.
15.11.2025. EWE.
Dziś śniło mi się, że rejestrowałem w Urzędzie Miasta przyczepę i otrzymałem numere rejestracyjny EWE 38J4. Zdziwiony, zapytałem, czy G już się skończyły. Urzędniczka odpowiedziała, że wydali wszystkie z magazynu i obecnie wydają to, co im przekażą z innych powiatów. Zapytałem, czy teraz będą wydawać tablice z Wieruszowa. Urzędniczka wzruszyła ramionami. Ponownie spojrzałem na tablicę rejestracyjną. Była już nie biała a czarna, zaś litery nie czarne a białe. Zminił się też numer na EWE 0383. Tablica nie była nowa, była pofalowana, jakby ktoś wcześniej ją poskładał a następnie prostował. Urzędniczka powiedziała, że wydają to, co mają. Nakleiła naklejkę kontrolną, wydała mi dowód rejestracyjny i pożegnała. Na pytanie, czy będę musiał wymienić tablicę na białą, odpowiedziała, że wszystkie wydawane tablice są ważne. Wyszedłem z budynku. Tablica miała już podkładkę, jednak nie plastikową, a gumową. Od chwili otrzymania numeru z literami EWE już wiedziałem, że poinformuję o tym P.St., z tym, że początkowa informacja brzmiała: Zdjęcie tablicy oraz tekst: Zamiast GDA G. Zamontowałem tablicę na przyczepie. Zrobiłem Zdjęcie P.St. W tym momencie się obudziłem.